Dogtrekking. Internet, powie, że to po prostu wędrówka z psem, gdzieniegdzie dowiemy się, że w sumie jest dla każdego, że warto mieć dobre buty, pies szelki i smycz z amortyzatorem. Żadnych konkretów. Zawsze planowałam, że wezmę w jakimś udział. Natomiast zawsze informacja o tym wydarzeniu pojawia się za późno, bym mogła wziąć wolne i zacząć działać. Z racji odpowiedniego terminu i namowy współtowarzyszki padło na pierwszy wrocławski Dogtrekking.
 
Do wyboru miałyśmy trzy trasy 5, 10, 20 km. Mając psy, które mają ok 35 cm w kłębie, czlowiek wie, że wygranie z prężnymi, większymi przeciwnikami, po prostu ma dużo mniejsze szansę, więc nastawia się na sprawdzenie siebie w innej kategorii. Pięć kilometrów? Z palcem w nosie, robimy na krótkich spacerach, dziesięć nie sprawia nam problemu, więc..DWADZIEŚCIA! Trzeba sprawdzić, czy damy radę, czy fizycznie pociągnięmy tak daleko, a to że ostatnie, a co tam, przede wszystkim dobra zabawa 😉
Miałyśmy techniczne problemy, ale udało nam się dotrzeć na start najdłuższego biegu.
 
Piąta rano, wyjazd. W wyśmienitych humorach, nadrabiając zaległości wsiadłyśmy do auta i stronę Wrocławia, na miejscu, skromny start, przemiła obsługa i Pani, sprawdzająca książeczki. Wszystko idealnie, odebrałyśmy mapy, długopis, notes, smaki dla psa, batona, banana i jabłko, świetna torba na takie wydarzenie, dawała energii i wiary. I tu muszę zaznaczyć nasz błąd – nie przyjrzałyśmy się mapie przed startem, nie zadałyśmy żadnych pytań.
 
Iiii Start. Wszyscy ruszyli, zostawiając nas w tyle. Szłyśmy sobie szybkim marszem, po piętnastu minutach spojrzałyśmy na mapę… Dłużej, wnikliwiej. I doszło do nas, że nie wiele z niej rozumiemy. Ustaliłyśmy wstępną legendę, nie traciłyśmy wiary, że bez problemu przejdziemy całość trasy. Haha, hihi, wspominki o harcerzach i co jak zabłądzimy. Zrobiłyśmy jedną rudkę w kółko, dobra źle odczytałyśmy trasę, trafiliśmy na kogoś z organizatorów, coś nam rozjaśnił, więc nie przejmowałyśmy się zmarnowanymi 10 minutami.
 
Punkt pierwszy z dziewięciu – znalazłyśmy oczywiste boisko z mapy, chodziłyśmy w okół. Jak ciołki, oczywiście, śmiejąc się z siebie przeokropnie, co za sieroty na środku boiska, z boku boiska i w każdym jego kącie. W końcu, gdy juz zmarnowałyśmy spokojnie z czterdzieści pięć minut postanowiliśmy zadzwonić na awaryjny telefon. Awaryjny telefon byl do kogoś, kto za każdym razem przekazywał słuchawkę komuś innemu. To trwało. W końcu dowiedzieliśmy się CZEGO właściwie szukamy. W naszych wyobraźniach było coś więcej niż kawałek czerwonej taśmy i biala kartka. Oczywiście wielokrotnie koło niej przechodziliśmy, nie mając pojęcia, że to to. Co było ponownie powodem do lawiny śmiechów, drwin, zabawy i wszystkiego. Podeszłyśmy do naszej niewiedzy z dużym dystansem.
 
Punkt drugi. Na mapie posrodku zielonej przestrzeni, kolo niebieskiej kreski. Podstawowa wiedza o mapach, mówiła wręcz „KOŁO RZECZKI!”. Trochę spoilując, opowiem wam, że rzeczki nie było, a to oznaczenie na mapie, nie mało znaczenia, przynajmniej dla kogoś kto nie zna terenu. Teraz wyobraźcie sobie: dwie, młode (tak sobie posłodzę) kobiety z czteroma psami, które nasluchują szumu wody. Jakimś cudem, jak ślepej kurze, trafiło nam się przejście do drugiego punktu. Przez wielkie haszcze, Calista wolała przeskakiwać, Freja przechodzić pod. Pojawił się pierwszy prawdziwy problem techniczny, ale to nic, mamy drugi punkt!
 
Trzeci punkt, wzięłyśmy ze złej strony, ale znowu wpadłyśmy na organizatorów i trochę nam rozjaśnili mapę. Po drodze spotkanie innych uczestników zachwiało nasza wiarę w drogę, którą obrałyśmy, ale mimo to dość szybko dotarłyśmy do punktu trzeciego, zrobiłyśmy krótką przerwę. Dobrze wiedziałyśmy, że niektórzy już na pewno skończyli bieg, ale nie miałyśmy na celu wygrania, więc wiara, dobry nastrój towarzyszył nam nadal.
 
Piąty punkt, kosztował nas za dużo o jakieś 5 kilometrów i spokojnie godzinę czasu. Szłyśmy urocza trasą, mijając tylko rybaków, zachwycając się krajobrazami, szukałyśmy punktu tylko na drzewach. W poprzednich miejscach punkty opierały sie o nie, albo o tablice informacyjne i z tej wiedzy korzystałyśmy. Długie poszukiwania punktu sprawiły, że znowu postanowiłyśmy skorzystać z awaryjnego telefonu… Jak okazało się, że punkt jest na słupie w dosyć wysokiej trawie… Spojrzałyśmy na siebie i śmiech. Szłyśmy już piętnaście kilometrów i nie czułyśmy zmęczenia, psy były w doskonałym nastroju. Czym tu sie przejmować? Dalej poszło naprawdę z górki, szósty (mimo poszukiwania jeziora, którego nie było), siódmy i ósmy dosłownie z górki. Dziewiąty…
 
Dziewiąty…
 
Wybrałyśmy zaś złą trasę, tej której mapa nie przewidywała, jak wiele, wiele innych. Późno jest, mi rozładował się telefon, więc korzystamy z telefonu współtowarzyszki i wpisałyśmy telefon z ulotek, które dostałyśmy… po drugiej stronie odezwał się mocno zniecierpliwiony głos, że DAWNO powinniśmy tu być, nie wie o czym mówimy i że ostatni punkt, jest na drodze do schroniska. Szczerze, trochę popsuła nam zabawę, chwilę miałyśmy do siebie żal, do mapy która nawet wielką, niebieską plamę, która każdy wziął by za jeziorko, w rzeczywistości odzwierciedlała pastwisko dla koni. Ale. Wróciłyśmy się i znalazłyśmy dziewiątkę. Z dużym mniejszym śmiechem i radością. Wróciłyśmy na metę, zameldowałyśmy się i dalsze wydarzenia na terenie przy schronisku nas nie obchodziły. Nie było już na to nastroju.
 
Fakty? 20 kilometrów dla żadnej z nas, dla każdego z psów nie jest problemem, potrafimy sie cieszyć trasa, jednak ta trasa była dla kogoś kto już na tym terenie był, kto ten teren znał. Mapa bez legendy, dla kogoś kto pierwszy raz widzi teren nie ma za dużego sensu. W Lesie było dużo innych możliwości niż przedstawiała mapa. Natomiast bawiłyśmy się mimo wszystko dobrze, następnym razem zaczniemy zadawać pytania, zanim zajdziemy w las.
 
Telefon wylądował mi się 45 min przed meta, więc myślę, że te 25 kilometrów udało nam się zrobić.
Translate »
Facebook